Koronawirus nie elektryzuje już społeczeństwa

dr Radosław Sierocki na tle jeziora
Od ponad dwóch lat wpływ na nasze życie codzienne ma koronawirus. Wydaje się, że od atmosfery dużego strachu przed nieznaną chorobą doszliśmy do momentu, w którym nauczyliśmy się z tym żyć. Dr. Radosława Sierockiego z Katedry Socjologii UWM pytamy, jak ten temat funkcjonuje teraz w społeczeństwie oraz w przestrzeni medialnej.

 – Jak można zdefiniować pandemię koronawirusa z perspektywy socjologicznej?

– Jest to konstrukcja społeczno-medialna. Mówiąc to, absolutnie nie mam na myśli tego, że pandemia jest wymyślona. Chodzi o to, że składają się na nią następujące czynniki: medyczne, tzw. namacalne oraz medialne. Medyczne to m.in. wykonywanie testów, prowadzenie statystyk zachorowań, wyzdrowień, zgonów czy hospitalizacji, które pozwalały nam mieć pojęcie o rzeczywistej skali tego zjawiska. Namacalne to wszystkie nasze osobiste doświadczenia, bo przecież znamy osoby, które zmarły z powodu Covid-19, chorowały albo sami chorowaliśmy.  Z kolei te medialne czynniki wytworzyły atmosferę zagrożenia. Ponadto dzięki przekazom prasowym byliśmy w stanie wyobrazić sobie skutki obecności tego wirusa, zanim jeszcze dotknął nas osobiście. Na początku 2020 roku zaczęły pojawiać się doniesienia, że jest on już bardzo blisko polskich granic – np. we Włoszech czy w Niemczech. Dzięki temu, gdy do nas dotarł, wiedzieliśmy mniej więcej, z czym mamy do czynienia.

Teraz atmosfera jest już inna, prawda?

– Wirus sam w sobie jest niewidzialny dla ludzkiego oka, ale wspomniane reprezentacje sprawiły, że ta pandemia była obecna w społeczeństwie. Teraz mamy do czynienia z taką sytuacją, że te reprezentacje zeszły na dalszy plan lub w ogóle zniknęły, w konsekwencji czego zniknęła również pandemia. Z pewnością nie jest to temat, który elektryzuje społeczeństwo tak samo jak rok czy dwa lata temu. Z perspektywy społecznej – podkreślam: społecznej, a nie medycznej – koronawirus stał się czymś takim jak grypa. Oczywiście nie oznacza to, że nie jest to już choroba niebezpieczna. Po prostu wyżej wymienione reprezentacje są w odwrocie.

Dlaczego tak się dzieje, że człowiek, który staje w obliczu nowego zagrożenia, po upływie czasu, pomimo że ono wciąż istnieje, przestaje się bać?

– Z opracowań socjologicznych i antropologicznych wynika, że wchodzi tutaj w grę naturalna skłonność człowieka, istoty rozumnej i inteligentnej, do adaptowania się do nowych sytuacji, w tym także do wszelkich zagrożeń. W związku z tym zdecydowana większość ludzi przyzwyczaiła się do obecności koronawirusa. Przeżyliśmy pierwszy szok związany z lockdownem, a potem, wraz ze znoszeniem kolejnych obostrzeń, zaczęło to mijać. W jakimś sensie przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Covid-19 nie jest już dla ludzi najważniejszy, więc w prasie, radiu czy telewizji mniej się o tym mówi. Trzeba pamiętać, że media doskonale wyczuwają nastroje społeczne i na ich bazie nakręcają spiralę strachu. Obecnie widać, że odbiorcy mają większe problemy na głowie, więc informacje o wirusie zeszły z tzw. „jedynek”.

Mówiąc o pandemii w czasie, gdy była ona najbardziej nasilona, media często używały metafory wojny. A więc wojna – w metaforycznym ujęciu – się skończyła?  

– Rzeczywiście, gdy badałem, w jaki sposób media mówiły o pandemii, okazało się, że jedną z najczęściej używanych metafor była metafora wojny. Mówiło się na przykład, że „jesteśmy na froncie walki z koronawirusem”, że koronawirus jest „inwazją”, „wrogiem, z którym musimy walczyć” itd. Z czasem tej metafory wojennej zaczęto używać coraz mniej. Niektórzy badacze zauważali, że mówienie o pandemii jak o wojnie pomagało utrzymać społeczeństwo w reżimie sanitarnym, bo ludzie jednoczą się przeciwko wrogowi. Później jednak zaczęły przeważać nastroje, że zagrożenie jest coraz mniejsze, że przeciwnik słabnie.  Teraz – znowu stosując metaforę wojenną – można powiedzieć, że tkwimy w zamrożonym konflikcie i wróciliśmy do normalności – nieco innej niż sobie wyobrażaliśmy, ale jednak.  

Załóżmy, że rząd postanowi przywrócić część restrykcji, np. noszenie maseczek w miejscach publicznych. Będzie się to dało wyegzekwować?

– Myślę, że taka informacja podana na przykład we wrześniu lub w październiku będzie dla ludzi zbyt dużym zaskoczeniem i nie zostanie chętnie przyjęta. Wiąże się to z tym, o czym rozmawialiśmy wcześniej, czyli wygaśnięciem tematu. Nie ma już dokładnych statystyk dotyczących koronawirusa w Polsce, więc trudno jest mówić o prawdziwej skali pandemii, a co za tym idzie, nie ma konkretnych argumentów za wprowadzeniem chociażby obowiązku noszenia maseczek. W dodatku z punktu widzenia społecznego są teraz zupełnie inne i dużo ważniejsze problemy, jak chociażby rosnąca inflacja, drożyzna czy problemy z surowcami energetycznymi.

Jakie tematy będą rozpalały debatę społeczną jesienią i zimą 2022 roku?

– Żyjemy w czasach wielu kryzysów. Właściwie można powiedzieć, że 2019 był ostatnim spokojnym rokiem w naszym życiu. Oprócz toczącej się za naszą wschodnią granicą wojny mamy do czynienia z problemem bardzo szybko następujących zmian klimatycznych. Za sprawą ogromnych upałów przekonujemy się, że nie jest to pieśń przyszłości, ale dzieje się to tu i teraz. Poza tym przy domowych stołach czy w towarzystwie z pewnością będziemy dyskutowali o wysokich cenach towarów i usług oraz niepewności związanej z tym, czy będziemy mieli czym ogrzać nasze domy. 

 

Rozmawiała Marta Wiśniewska

 

w kategorii